diploma

AKADEMIA SZTUK PIĘKNYCH IM. JANA MATEJKI W KRAKOWIE, wydział Malarstwa, kierunek: Malarstwo, praca dyplomowa przygotowana pod kierunkiem prof. dr hab. Andrzeja Bednarczyka. Aneks do dyplomu przygotowany pod kierunkiem prof. dr hab. Piotra Korzeniowskiego. Kraków 2019

 

JAK PAMIĘTAĆ

 

Leżę w łóżku. Oczy mam szczelnie zaklejone śpiochami. Nie chcę ich otwierać, bo wiem, że już nie zdołam ich z powrotem zamknąć. Telefon leży ze mną, jest tuż obok, czeka niecierpliwie. Leżymy sobie tak razem, z naładowanymi bateriami. Czekamy, aż nadejdzie moment, w którym przypomnę sobie, co mi się śniło. Kiedy powoli zaczyna wyłaniać się coś konkretnego. Otwieram oczy i już na zawsze zapominam o śnie.

Podobno co sześć miesięcy Ziemia przestaje się kręcić wokół Słońca i trzeba pobierać aktualizację. Myślę, że mam podobnie. Zatrzymuję się i kompletnie zapominam, jak malować. Wystarczy tydzień przerwy i już nie wiem, co i jak. Maluję wtedy rzeczy z ostatniej chwili, z ostatniej aktualizacji, takie, których nie zdążę zapomnieć. Np. sitko, które sfotografowałem przy śniadaniu. Albo jakiś przedziwny przedmiot, który zobaczę za oknem, który mógłby służyć jako trzepaczka, ale prawdopodobnie jest czymś istotnym, tylko jeszcze o tym nie wiem.

Albo maluję rzeczy, których nauczyłem się na pamięć, np. rzeczy ważne jak słońce, jak miłość i przyjaźń. Problem polega na tym, że takie rzeczy się trochę trudniej maluje. Narzędzia robią się nagle nieśmiałe i ciężko mi z nimi współpracować. Pociągnięcia pędzla przestają być gładkie. Farba, zamiast normalnie wysychać, zaczyna marnieć i drętwieć. W takiej sytuacji trzeba czym prędzej ściągnąć wszystko z płótna i mocno przytulić, po czym odłożyć na swoje miejsce i zacząć cały proces od nowa. Albo zapomnieć o całej sprawie i zająć się czymś innym. Wrócić do domu, zrobić sobie coś smacznego, położyć się do łóżka i wszystko sobie przemyśleć. Zauważyłem, że często się mylę wobec tego, co ważne. Myślę, że robię coś naprawdę bardzo istotnego, a potem okazuje się, że to wcale nie jest ważne. Nie wiem, na czym to polega i jak działa ta waga.

Czasem bardzo chcę namalować portret albo nokturn. Uwielbiam nokturny, kiedyś namalowałem taki jeden nokturn i teraz cały czas chcę malować nokturny. Później mi smutno, że mam same czarne obrazy i myślę, że wolałbym coś weselszego. Robię się wtedy głodny. Jadąc do pracowni, kupiłem mango. Zjadam owoc, jest przepyszny. Myślę sobie, że życie jest piękne. Postanawiam, że muszę namalować mango, żeby przypadkiem nie zapomnieć, od razu zabieram się do pracy. Maluję mango w nokturnie. Czasem jest tak, że obrazy zaczynają mi o czymś przypominać. Pieniążek, groszek, mango, rozlany sos tysiąca wysp. Stają przed oczami, na końcu korytarza, i patrzą zalotnie. Sitko, miłość, przedmiot, który prawdopodobnie jest trzepaczką, ale nie wiadomo, słońce, przytulić. Próbuję je zapamiętać albo zapisać gdzieś na kartce. Trzymać w pobliżu, żeby mogły się przydać przy następnym malowaniu.

Z rysunkiem jest tak samo. To znaczy inaczej – sam nie wiem. Kiedyś od specjalisty dostałem terapię na problemy z pamięcią. Chodziło w niej o to, żeby robić dwadzieścia rysunków dziennie. Co mogłoby się przyczynić do poprawy zdolności zapamiętywania. Na początku terapii rysowałem jedną czy dwie prace, później udawało mi się rysować sześć i więcej, ale rzadko dwadzieścia. W osiągnięciu celu pomaga mi praca w takiej małej firmie związanej z sitodrukiem, handlem, rysunkiem i papierem toaletowym. Jednym z moich obowiązków jest pakowanie i wysyłka zamówień. Przesyłek czasem jest dużo więcej niż dwadzieścia. Na każdej paczce staram się rysować coś miłego. Różne postacie. Ślimak, piesek, wydra, lis. Albo jedną postać w różnych pozycjach, wesołą i smutną, na rowerze, w samochodzie, w tramwaju, na poczcie. Trochę udaję, że wypełniam tym swoją terapię, trochę udaję, że to nowa rysunkowa usługa Poczty Polskiej. Raz lepiej, raz gorzej, aż skończy się czas, a czasu jest zawsze mało, jeszcze mniej niż jeden dzień. Kurier zawsze przychodzi po paczki wcześniej, niż powinien. Zabiera moją rysunkową terapię i wręcza mi nowy pusty worek na następne przesyłki. Co się później dzieje? Nie wiadomo, ekspozycja odjeżdża, a ja o niej zapominam.

Róże i węże, frytki i kurczaki, sałatki, dżdżownice, kaczki, znaczki, różne młotki, tosty, małe, słodkie gąski, żelazka, głośniki, muszelki, zegary, ptaki na niebie, drożdżówki z lukrem i drożdżówki z cukrem pudrem, miska, miseczka, pomnik, pomniczek, jamniczek. Zapomnieć.

W takim zapominaniu najgorsze jest to, że nie wiadomo, o czym się zapomina. Może tak naprawdę o wszystkim pamiętam, tylko mi się wydaje, że nie pamiętam. Może zapominanie jest do czegoś potrzebne. Przypomina mi to kredkę świecowa, którą pamiętam z dzieciństwa. Miała pięć przekładanych sztyftów w różnych kolorach, zamkniętych w przezroczystej rurce. Wkładając z przodu nowy sztyft, ten ostatni musiał wypaść i czekać, żeby go włożyć z przodu, i tak w kółko. Ważne w tym było to, że jeden sztyft zawsze musiał być wyciągnięty, inaczej nie dało się rysować. Może malarz jest taką kredką, z której jakiś sztyft trzeba wyciągnąć, żeby inny mógł pisać. Podczas ostatnich zakupach w sklepie plastycznym rozglądałem się za taką kredką, ale chyba już ich nie robią, pewnie sztyfty szybko się gubiły.

Miałem kiedyś jeszcze jedną terapię na zapominanie. Powtarzanie jakichś motywów, lub takich samych przedmiotów, wiele razy; jak wierszyk na pamięć. Często w nieskończoność, na jednym płótnie lub kartce papieru. Z tej serii, obok świnek morskich, liści dzikiej róży i piesków na górkach, najlepiej zapamiętałem budynki, jakie stoją w miejscowości, z której pochodzę. Narysowałem wszystkie, równo trzysta szesnaście, ponumerowane od najstarszego do najmłodszego. A potem, żeby sobie utrwalić, przerysowałem je wszystkie ponownie. Umieszczając je razem na jednej dużej kartce. Równiutko, jeden przy drugim, żeby niczego nie pominąć, od pierwszego do ostatniego. Dom państwa Szczypków, Podgórskich, Bombaja, cioci Władzi, pani ze sklepiku, pana kościelnego, kolegi z ławki, nasz. Drewniany, ceglany, spadzisty, parterowy, wielopiętrowy, z dobudówką i bez, duży i mały. Rzecz jasna, każdy z zespołem stodół, altan, szop i garaży. Całość domowej terapii zajęła trzy miesiące. Mam nadzieję, że dzięki niej, mieszkając w Krakowie, nigdy nie zapomnę o swojej miejscowości.

Chciałem jeszcze dzisiaj coś zrobić, ale zapomniałem co. Wychodzę więc z pracowni i wsiadam do tramwaju. Czuje się jak w dużym samochodzie, mam odruch zapięcia pasów. Wychodzi słońce, zaczyna padać deszcz, później śnieg, robi się ciepło, a potem zimno, ciemno i jasno. Kątem oka widzę, jak komuś uciekamy. Jakiejś pani upada pieniądz, gdzieś słychać dźwięk zbitej szybki. Zaczynam sobie wyobrażać przedmioty, które coraz częściej wypadają z rąk. Ludzi, którym coraz częściej ucieka tramwaj. Niepowodzenia, które coraz częściej stają się codziennością. Masy, które coraz częściej odkładają rzeczy na później. Patrzę przez okno i wyobrażam sobie, że wszystko to prowadzi do nieuniknionego końca świata. Mój przystanek, dworzec towarowy. Wysiadam i idę jeszcze o czymś zapomnieć, najlepiej o czymś dużym. Fajnie mieć duże. Nie, lepiej małe, ponoć małe lepiej sprzedać. A może wszystko takie same. Trzeba uważać, żeby nie popełnić błędu. Zapominam te średnie i kilka małych. Jeszcze kiedyś zapomnę te duże. Przy tym zapominaniu zaczepił mnie jakiś pan. Zapytał, gdzie może kupić uszczelki samochodowe, takie w lampach do audi, musiały mu się zedrzeć albo rozpuścić. Mówi, że kupił nowe auto, mały przebieg, ale uszczelki były stare, niedawno wymienił pasek rozrządu, ale czeka go jeszcze katalizator. Udaję, że go rozumiem. To jest to dziwne uczucie, kiedy ktoś opowiada coś bardzo oczywistego, a ty nie masz pojęcia, o czym mowa. To jest tak jak w malarstwie. Niby wszystko jasne, ale i tak nie wiadomo, o co chodzi.